środa, 31 maja 2017

Droga przez Jordan - rozdział 6


Jonatan biegł już prawie cztery godziny, gdy dotarł do rozstaju dróg. Gdzie teraz lekko w lewo czy dalej prosto? Ciężko dyszał ze zmęczenia. Trzymając się za boki, zastanawiał się, skąd ma wiedzieć którą drogę wybrać? Przyjrzał się śladom i doszedł do wniosku, że ślady wskazują, by nadal biec prosto, ale już było bardzo ciężko mu nogami przebierać. Traci siły, a jak zwolni tempa, to na pewno ich nie dogoni. Nie może odpocząć i nie może iść wolniej od koni, gdyż zamiast ich doganiać, będą się oni od niego oddalali. Postanowił, że jeszcze trochę pobiegnie, jeszcze trochę...

Wydawało mu się, że już dawno powinien ich dogonić. Co się stało? Teren był lekko górzysty, ale jak wyjdzie na prostą i nadal na horyzoncie nie zobaczy wozów, to postanowił zawrócić. Droga była lekko pod górę. Wbiegł na jej najwyższy punkt, dalej było z górki. To był najlepszy punkt obserwacyjny. Pot mu zalewał oczy. Otarł twarz rękawem, zmrużył powieki i szukał na horyzoncie ruchome punkciki. 

Adrenalina mu uderzyła do głowy.

– Są, są, widzę ich! – krzyczał i skakał z radości.
Odległość ocenił na jakieś 3 kilometry. Zaczął znowu biec. Tym razem było lekko w dół. Powinno być łatwiej, ale Jonatan czuł, że nogi nie nadążają za tułowiem. Jeśli będzie dwa razy szybciej biegł, niż konie z wozami jadą, to dogoni ich za 6 kilometrów, ale to jest niemożliwe! Nigdy ich nie dogoni! Dotarło do niego, że przez całą drogę nie zbliżył się do nich ani trochę. Zobaczył ich tylko dlatego, że droga biegła przez szczyt góry i schodziła na dużą równinę. Nie dogoni ich, nie ma szans, ale zamiast zawrócić, zaczął biec jeszcze szybciej. Ciało pędziło do przodu, a nogi nie nadążały i runął, uderzając głową o ubitą, twardą drogę. 

***

Samuel zagadnął do Jakowa:

– Panie wydaje mi się, że ktoś tam na wzgórzu machał do nas rękami.

Jakow spojrzał w kierunku wzgórza, z którego zjechali.

– Nic tam nie ma, masz zwidy.

– Ja mam orli wzrok panie. Widziałem kogoś machającego rękami, ale teraz nie widzę. 

– No widzisz – uśmiechnął się Jakow. 

Samuel mrużył oczy w nadziei, że coś dostrzeże, ale nic już nie widział. Może faktycznie mu się tylko wydawało. 

– Panie, może warto by wysłać konnego, żeby sprawdził?

Jakow obejrzał się ponownie, zmrużył oczy.

– Nie ma mowy. Nic tam nie ma, nikogo nie widać.

Jakow wrócił do czytania manuskryptów, a Samuel jeszcze jakiś czas wpatrywał się na wzgórze, aż uznał, że pewnie jego pan ma rację i faktycznie mu się zdawało, że coś widział. Przecież gdyby ktoś tam był, to nie zniknąłby nagle. 

***

Jonatan uderzył się na tyle mocno, że sam nie doszedł do przytomności. Był zmęczony i strata świadomości zamieniła się w głęboki sen. Po jakimś czasie tą samą drogą jechał kupiec ze służbą. 

– Panie! – krzyknął woźnica – ktoś leży na drodze!

Zatrzymał wóz. Podszedł do leżącego chłopca i przyjrzał mu się dokładnie. 

– Żyje, ale mocno uderzył się w głowę!

– Połóżcie go na wozie, oczyśćcie rany i ruszamy dalej.

Jonatan miał krwawą ranę na czole i zdarte do krwi kolana. Oczyszczono mu rany wodą i położono na wozie, który w przedniej części miał żywność dla podróżnych, a w tylnej paszę dla zwierząt w tym także zapas siana. Właśnie na tyn sianie Jonatan leżał, nie wiedząc co się z nim dzieje i dokąd jedzie.

Jakow do gospody dotarł przed zachodem słońca. Nie skorzystał z łaźni ani pokoju na piętrze. Nie chciał z poganami dzielić wspólnych pomieszczeń, a pluskwy w materacach także nie zachęcały do skorzystania z tej oferty. Umył tylko twarz, szyję i ręce po łokcie. Tyle mógł zrobić przy studni. Żywność mieli swoją, potrzebowali tylko trochę wody i paszy dla zwierząt. W całej ich podróżny to miał być jedyny nocleg, drugi powinien być już na miejscu, w Pelli. Rozbili namioty i w nich planowali spędzić noc. Oczywiście jak każdy skorzystał Jakow z latryny. Przed snem zakupił kubek lepszego wina, ale nie zdołał go wypić, bo zmęczony zasnął. 

Słońce zaczęło zachodzić, gdy kupiec z nieprzytomnym Jonatanem wjechał na plac przed gospodą. Jego służba także rozbiła namioty, ale on sam udał się do gospody. Jego greckie zwyczaje pozwoliły na skorzystanie nie tylko z miejscowych wędlin, ale też dodatkowych usług jednej z miejscowych niewolnic. 

Jonatan ciągle leżał nieprzytomny na wozie, nawet nikt go do tej pory nie nakrył. Zbliżała się noc i mogło być zimno. Jedna z niewolnic przykryła siebie i Jonatana wspólną płachtą i także zasnęła obok na sianie. 

Jakow rano zbudził się najszybciej. Słońce wstało i razem ze swoją służbą rozpoczął mały ruch na placu przed gospodą. Spożyli posiłek, po czym zajęli miejsca w swoich wozach. Powoli zaczęli opuszczać plac gospody. Jonatan się obudził, usiadł i dotknął bolącej głowy. Nie wiedział, co się stało, niczego nie potrafił sobie przypomnieć. Patrzył na gospodę, nie wiedząc, gdzie jest, co tu robi, co się stało? Wystarczyłoby, żeby się odwrócił do tyłu, a zobaczyłby, jak Jakow ze służbą wyjeżdża, ale nie zrobił tego. Był oszołomiony sytuacją i nie potrafił skupić swoich myśli. Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Służąca, która spała obok także się przebudziła. Spytała go o coś, ale jej nie zrozumiał. 

– Kim ty jesteś? – spytał w jedynym języku, jaki znał.

Dziewczyna uśmiechnęła się i odpowiedziała mu w tym samym języku.

– Mój pan znalazł ciebie nieprzytomnego przy drodze. 

Jonatan zszedł ostrożnie z wozu. Rozejrzał się dookoła, ale wozy z Jakowem już zniknęły za pobliskimi budynkami. Nie zobaczył niczego, co mogłoby mu wyjaśnić sytuację, w jakiej się znalazł. Co on robił na drodze i dlaczego był nieprzytomny? 

– Masz – podał kubek – napij się wody. 

Pił łapczywie, był też głodny. Dziewczyna dała mu kawałek chleba. 

– Twardy.

– Trzeba było zostawić trochę wody – dziewczyna się uśmiechnęła. – Ciesze się, że jesteś Iszraelitą.

– Dokładnie to jestem Judejczykiem.

– To bez znaczenia dla naszego pana. Nie rozróżnia Judejczyka od Lewity. 

– Pan się obudził, właśnie wychodzi z gospody. 

Jonatan spojrzał na grubego kupca, wyglądał na zadowolonego. To dobrze pomyślał i podszedł do niego. Zagadną go uprzejmie i kłaniając się nisko, ale kupiec go nie zrozumiał. Skrzywił minę i głosem przypominającym skrzek wroni powiedział:

– Co on mówi?! Czy ktoś go rozumie? 

– Ja go rozumiem – zgłosiła się dziewczyna.

– To, co mówił?

– Dziękował ci panie za pomoc. 

– Nie musi dziękować, wystarczy pracować – kupiec zaśmiał się – ale mi się zrymowało. Niezły zemnie poeta. Dobra! – klepną się po brzuchu. – Czas coś zjeść i w drogę. 

Zasiadł przy zewnętrznej ławie i wydał miejscowej służbie polecenia. Po chwili przynieśli mu kiełbasę i wino. Jadł i przepytywał Jonatana.

– Kto był twoim panem?

Kupiec zaczął rozmowę, a młoda niewolnica ją tłumaczyła. Jonatan nie rozumiał czasu przeszłego, jak to był?

– Moim właścicielem jest Jakow Sprawiedliwy – odpowiedział.

Chłopiec specjalnie podkreślił słowo sprawiedliwy, by zasugerować kupcowi, że może spodziewać się wdzięczności Jakowa, jeśli mu odda niewolnika. Dziewczyna jednak potraktowała to słowo jak imię i go nie przetłumaczyła. Musiał więc bardziej wprost o tym powiedzieć.

– Pan mój znany jest z hojności – zawahał się, czy aby nie przesadził, szastając pieniędzmi Jakowa. – Ucieszy się, jak mnie zobaczy. 

– Gdzie ja będę szukał twojego pana? Mi spieszno do Damaszku – powiedział kupiec, ale dziewczyna przetłumaczyła:

– Mi się spieszy do Damaszku, nie będę szukał twojego pana!

– Więc puść mnie panie wolno, a ja sam znajdę swego pana.

– Nie jestem tego pewien, a może ty uciekłeś ze służby. Uratowałem ci życie więc póki twój pan się nie znajdzie, należysz do mnie. Koniec tej dyskusji! 

Kupiec wstał i ruszył do swojego obudowanego carpentum. Zanim dziewczyna przetłumaczyła jego słowa, on już zamkną za sobą drzwiczki. Jonatan chciał do niego doskoczyć i negocjować, ale rosły Nubijczyk zagrodził mu drogę. Nie było szansy go ominąć, a on wyraźnie nie miał zamiaru ustąpić. Gestem głowy wskazał, że Jonatan ma wracać do swojego wozu. Chłopiec odwrócił się i zobaczył, jak tuż przy nim stał drugi siłacz gotów złapać go i powalić na ziemię. Zrozumiał, że oni tu odpowiadają za spokój i bezpieczeństwo. Nie miał wyjścia, musiał wskoczyć na wóz i dać się wieść dokądkolwiek jego nowy właściciel zechce. 

Podróż umilała mu rozmowa z dziewczyną, która na imię miała Marta, czyli gospodyni. Postanowił nie ukrywać się ze swoją wiarą, ponieważ nikt oprócz samej dziewczyny nie rozumiał jego mowy, a ona była tak bardzo w niego zapatrzona, że gdyby mogła, to przykleiłaby się do niego. Opowiadał jej o Zbawicielu, który przyszedł na świat z nieba, był Synem Bożym i umarł za nasze grzechy, żebyśmy mogli żyć wiecznie. Żeby dostąpić zbawienia, trzeba wzywać w modlitwach jego imienia, czyli modlić się do Niego. 

Jonatan był zdziwiony, widząc, jak Marta z wielką fascynacją słucha jego głoszenia. Widział wyraźnie, że chłonie każde jego słowo z szeroko otwartymi oczami, a czasem nawet ustami. Usta... usta miała ładne, tak przynajmniej uważał Jonatan. Złapał się na tym, że kilka razy na nie spojrzał i nie wiedział, dlaczego tak mu się podobały. Dziewczyna musiała zauważyć jego spojrzenie, ponieważ nagle pocałowała go. To było krótkie cmoknięcie, ale Jonatan poczuł się, jakby piorun w niego trafił. Znieruchomiał, bał się poruszyć, nie wiedział, co powinien zrobić. Jednocześnie był przerażony i zafascynowany sytuacją. Chciał, by jeszcze raz go pocałowała, ale dziewczyna przyglądała mu się niepewna jego reakcji. Dotknęła jego dłoni i wówczas się uśmiechnął. Ulżyło jej, przytuliła swoją głowę go jego ramienia.

– Jestem szczęśliwa, że ciebie poznałam. Jestem bardzo szczęśliwa, że opowiedziałeś mi o Zbawicielu.

– Wierzysz, że Jeszu naprawdę jest zbawicielem?

– Tak, wierzę – odpowiedziała z taką gorliwością w głosie, że chłopiec się zdziwił.

A więc tak łatwo można głosić? Tak dużo można mieć z tego przyjemność? To takie łatwe wystarczy mówić i takie przyjemne, gdy ktoś reaguje z wiarą. 

– I co teraz? – przerwała jego rozmyślania.

– Hm, teraz powinienem ciebie zanurzyć pod wodę i powiedzieć, że to robię w imieniu Jeszu.

– Chcesz mnie utopić?!

– Nie – zaśmiał się – to tylko na króciutką chwilę. 

– Musimy więc znaleźć wodę – zastanowiła się – może w Damaszku coś znajdziemy. 

Właśnie dotarło do Jonatana, że podróż do Damaszku, cokolwiek to jest i gdziekolwiek to jest, oznacza rozstanie z Jakowem. Nie dotrze do Pelli, nie pozna jego matki i nie zobaczy swoich braci w wierze. Liczył na zdobycie większej wiedzy o Mesjaszu i na zanurzenie, bo sam jeszcze nie został przez nikogo zanurzony w imię Jeszu. 

Z drugiej strony właśnie pomógł nowej osobie poznać Pana. Ona go potrzebuje. Właśnie rozpoczął od Marty zgromadzać powołanych. Nowo skupisko mających nadzieję na życie wieczne. Jeszcze do wczoraj nie potrafił sobie wyobrazić 20 000 wiernych w Pelli, ale już dziś zaczął sobie wyobrażać, że on też może zgromadzić taką liczbę wiernych dla Pana. Skoro to takie łatwe, wystarczy tylko śmiało głosić. 

A może to kierownictwo Ducha Bożego i powinien zdać się na jego wolę. Może to Bóg chce, by Jonatan przyprowadził nowych dla Pana, ale w tym celu musi opuścić Jakowa. Co on sam, zwykły człowiek, może. Musi zdać się na kierownictwo z góry. 

Około godziny piętnastej kupiec zarządził przerwę na posiłek. Zatrzymali się pod gospodą, która znajdowała się w miejscu przeprawy przez rzekę Jordan. Nubijczyk poinformował swego pana o tym, że znaleziony chłopiec polubił się z jego hebrajską niewolnicą. 

– To dobrze – mruknął zadowolony – to bardzo dobrze. Nie będzie kombinował ucieczki.

W tym samym czasie Marta rozmawiała z Jonatanem. 

– Zobacz woda! 

– I co z tego? – spytał.

– Możesz mnie zanurzyć.

Rozejrzał się dookoła. 

– Pozwolą nam podejść do rzeki?

– Sprawdzimy – powiedziała i ruszyła w kierunku swego pana.

– Panie – zwróciła na siebie jego uwagę – mam prośbę. Pozwól mi i Jonatanowi wykąpać się w rzece?

Nie miała wielkiej nadziei, ale postanowiła spróbować. Nie miała też nic do stracenia, najwyżej właściciel odmówi, ale nie odmówił. Zgodził się i uradowana dziewczyny pobiegła do Jonatana.

– Śledź ich – powiedział do Nubijczyka.

Marta z Jonatanem pobiegli nad rzekę. Nubijczyk dosiadł konia, na wypadek, gdyby miał ganiać za uciekinierami. Stał jakieś 50 kroków od brzegu, dla konia był to odstęp zaledwie kilku sekundowy. Nie starał się ukrywać, ale też nie chciał im przeszkadzać, zwłaszcza że nie rozumiał, o czym mówili. Cokolwiek się stanie między tymi dwojgiem, on ma nie interweniować, chyba żeby coś złego, ale o to nikt ich nie podejrzewał. 

– Zastanawiam się, czy mogę ciebie zanurzyć, skoro mnie nikt jeszcze nie zanurzył.

– To się sam zanurz, a później mnie zanurzysz – powiedziała – a kto zanurzył tego, co zanurzył Mesjasza?

– Nie wiem, ale chyba nikt.

– To znaczy, że nie musisz mieć zanurzenia, żeby zanurzać.

Marta była zadowolona, że rozwiązała problem. Jonatan jednak postanowił na wszelki wypadek najpierw samemu się zanurzyć, a później zanurzy dziewczynę. 

Wszedł do wody po pierś. Nurt nie był szybki, ale mógł przewrócić, a chłopiec nie potrafił pływać, bo nigdy tego nie robił. Pierwszy raz był w rzece. Po obu stronach brzegu rosły drzewa i krzewy. Chwycił się jednej z gałęzi i już miał się zanurzyć, ale pomyślał, że trzymanie się gałęzi może oznaczać brak zaufania w Bożą opiekę. Puścił więc gałąź. Podniósł ręce do góry i spojrzał w niebo.

– Panie Jeszu przyjmij mnie na służbę – pochylił głowę i dodał – Zanurzam się w imieniu Jeszu.

Zgiął nogi w kolanach, by przykucnąć i na chwilę zniknął pod wodą. Nogi oderwały się od dna i woda pchnęła chłopca do tyłu. Wystraszył się i gwałtownym ruchem wyprostował nogi w nadziei odbicia się, i wyrzucenia głowy ponad wodę. Dotknął dna, mając już prawie proste nogi, wystarczyło jednak by wyłonić się z wody i rozpaczliwie chwycić gałąź. Ponownie stał na swoich nogach. Pomyślał, że te gałęzie to jednak nie bez powodu tu rosły. 

– Samemu ciężko jest zanurzyć się w rzece – powiedział do Marty. – Lepiej robić to z drugą osobą. 

– Zaraz się przekonamy – śmiała się dziewczyna – tylko mnie nie utop. 

– Będę twoją gałęzią – śmiał się Jonatan. 

Marta weszła tak samo, jak Jonatan w ubraniu, które nosiła na co dzień. Chwyciła go za rękę. Wprowadził ją na głębokość pozwalająca zakryć całą postać. Wymyślił, że woda w tym celu powinna sięgać na wysokość piersi. 

– Kiedy powiem „Zanurzam ciebie w imieniu Jeszu”, to zegnij kolana, byś mogła zniknąć pod wodą. Rozumiesz? – Marta pokiwała w milczeniu głową. – Trzymaj mocno moją lewą rękę, a ja prawą przytrzymam twoje plecy. Gotowa?

Marta ponownie pokiwała głową.

– Zanurzam ciebie w imieniu Pana naszego Jeszu.

Marta zgięła nogi w kolanach i zanurzyła się pod wodę, ale nie całkowicie. Czubek głowy był suchy. Wyprostowała nogi.

– Nie zanurzyłaś się całkiem, musisz jeszcze raz to zrobić. Czekaj... – pomyślał – trzymaj moją lewą rękę, a prawą położę ci na głowie i docisnę, byś na pewno zanurzyła się cała. 

Marta ponownie pokiwała głową, że rozumie. Jonatan jeszcze raz powiedział, że zanurza ją w imię Jeszu. Dziewczyna zgięła nogi w kolanach, a chłopiec docisnął głowę pod wodę. Wynurzyła się, wytarła oczy z wody i rzuciła się mu na szyję.

– Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję! Jestem szczęśliwa, że mogę służyć naszemu panu... wspólnie... z tobą.

– Pamiętaj Marto, żeby od tej pory modlić się do Pana naszego Jeszu. Bądź mu wierna, aż do śmierci, a On da ci życie wieczne. 

Nubijczyk odprowadził ich pogardliwym wzrokiem. Swemu właścicielowi relacjonował kąpiel w Jordanie, podkreślając, że nie wydarzyło się nic ciekawego.

– W wodzie spędzili mało czasu. Najpierw on wszedł, później ona i od razu wyszli na zewnątrz. Rzuciła mu się na szuję, ale tylko na chwilę. Do niczego więcej nie doszło. 

– Hm, czyli to jej bardziej zależy... trudno musisz go nadal uważnie obserwować. Teraz już ruszamy w dalszą podróż! Jesteśmy w połowie drogi do Damaszku. Na nocleg zatrzymamy się w Pelli...

____________________
krzysztof pomazańcowy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz