Jakow nie potrafił pogodzić się z myślą, że jego ukochana matka wierzy w Mesjasza, którego on sam i wszyscy uczeni w Piśmie uważali za oszusta, zwodzącego biedotę. Przecież matka nie była biedna, ani głupia. Zawsze miał o jej rozumie najlepsze zdanie, a teraz takie rozczarowanie. Dała się zwieść razem z miejską biedotą, jak pospolita niewiasta. Był na nią zły i unikał z nią kontaktu przez kilka dni. Różniej złość ustępowała miejsca rozczarowaniu. Przyglądał się matce z u kratka i musiał przyznać, że w niczym się nie zmieniła odkąd wyznała mu swoją wiarę. To jego stosunek do matki uległ zmianie, dlatego gdy poprosiła go o możliwość ucieczki z Jeruszalem nie stawiał oporu. Przyjął to rozwiązanie z ulgą, bał się że ktoś odkryje iż on szanowany faryzeusz ma matkę heretyczkę. Sam też planował ucieczkę, ale w odpowiednim czasie i na pewno nie tam gdzie uciekła sekta Nazaretańczyka. Jego miejsce było przy nauczycielach narodu, był jednym z nich.
Na drugi dzień po rozmowie z matką Jakow przysiadł przy łożu ojca i w chwili jego lepszego samopoczucia przeprowadził szczerą rozmowę. Właściwie sam mówił, ojciec tylko czasem coś z wielkim trudem wycharczał. Syn zapewnił ojca o swojej miłości i pełnym oddaniu. Starcowi wówczas napłynęły łzy do oczu.

