środa, 24 maja 2017

Nieporozumienie - rozdział 5


A od zarządców już tutaj się żąda, 
aby każdy z nich był wierny.
1 Koryntian 4:2
Ponieważ Jakow przespał cały dzień więc teraz kiedy inni spali, on rozmyślał nad najlepszym sposobem poradzenia sobie w obecnej sytuacji. Miał kilkaset dzieci i kilkadziesiąt kobiet, których nie mógł uwolnić, bo nie miałby kto opiekować się dziećmi. Do tej pory miał dziewięciu niewolników i uważał, że to duża rozrzutność. Pieniądze inwestował w sposób nowoczesny i niewolnicy nie mieli z tym nic wspólnego. Wszyscy oni pracowali na jego wygodę. Zastanawiał się nawet czy nie mógłby z kilku zrezygnować. Jednak cokolwiek do tej pory zaplanował, życie układało się odwrotnie do tych planów.

Jego pierwotny plan polegał na wykupieniu Izraelitów z niewoli i ich uwolnieniu. Byłby to duży koszt, ale jednorazowy. Teraz okazało się, że będzie każdego roku ponosił koszty utrzymania tej gromady, a roczny koszt będzie większy niż cena ich wykupu. Obliczył, że w ciągu 2 lat poniesie koszt równy trzykrotnemu wykupowi tej gromady. Żeby ich wyżywić, będzie musiał wycofywać pieniądze z różnych inwestycji. Skalkulował, że w ten sposób pieniądze skończą się za około 4 lata, a on sam stanie się równie biedny, jak oni wszyscy. Chyba że wymyśli, jak z tego wybrnąć?
Ratunkiem może być zorganizowanie dla kobiet jakiegoś opłacalnego zajęcia. Wprawdzie 37 kobiet może pracować, ale nie przez cały dzień, bo ktoś musi opiekować się mniejszymi dziećmi. Trzeba podzielić je na dwie grupy, kiedy jedna będzie pracowała na polu, druga zajmie się dziećmi i przyrządzaniem posiłków. Właściwie będą pracowały cały dzień, zmiana będzie miała na celu tylko to żeby żadna nie pracowała przesadnie ciężko, ponieważ praca w polu była zawsze najtrudniejsza. Do lżejszych zajęć będzie można wykorzystać także starsze dzieci. Jeśli zdołają sami wyprodukować żywność, to osiągną spore oszczędności, może nawet uda się wyjść na zero, czyli Jakow nie uszczupli swojego majątku. Nie wzbogaci się, ale też nie zbiednieje. Trzeba jednak wynająć posiadłość z ziemią, obecny dom, który wynajmował, nie miał ziemi uprawnej. Był dostosowany tylko do trzymania kilku sztuk bydła. Idealna posiadłość powinna mieć ziemię uprawną, pastwisko, spichlerz, stajnię i budynki dla służby.

Jakow nad ranem usnął, ale tylko na dwie godziny. Wstał w tym samym czasie co wszyscy dorośli. Na zewnątrz natknął się na zarządcę.

– Markusie, jaka jest sytuacja?

– Dwie kobiety nadal chorują, posłałem wczoraj po farmaceutę. Najmniejsze dzieci płaczą za matkami, a...

– Zrób listę – przerwał mu Jakow – dzieci poniżej trzeciego roku życia i sprawdź, kto zabrał ich matki. Później odwiedź nowych właścicieli i zaproponuj im dzieci za darmo. Przerwij wszystkie zajęcia i zrób to natychmiast, zanim matki stracą mleko.

– W takim razie zabieram się do pracy – powiedział Markus i odszedł.

To rozwiązanie miało swoje wady. Jakow mógłby wszystkie dzieci oddać matkom, ale wówczas skazałby ich wszystkich na niewolnictwo do końca życia. To było sprzeczne z jego pierwszym planem. Zostawienie dzieci u siebie było ryzykowne z powodów finansowych, ale te dzieci, gdy dorosną, będą mogły wykupić swoje matki z niewoli i w ten sposób jego cel by się zrealizował. Lepiej późno niż wcale, pomyślał.

Obszedł całe gospodarstwo. Nie wyglądało to najlepiej. Chwilowy brak zarządcy sprawił, że nowi nie wiedzieli co ze sobą zrobić. Trwało tak aż do jego powrotu, czyli do południa.

– Wszyscy rabini zgodzili się przyjąć za darmo dzieci – relacjonował Markus.

– Bez ciebie nowi nie wiedzieli co robić – zmienił temat Jakow – Potrzebujesz pomocnika. Przeszkol Jonatana na swojego następcę. Zna wszystkich nowych, będzie dla ciebie przydatny. Naucz go pisać i czytać po grecku, a także liczyć. Naucz go wszystkiego, co sam potrafisz.

– Tak zrobię. Panie, niektóre kobiety mają tutaj też starsze dzieci, pytały, czy mogą je także zabrać?

– Mogą je widywać w każdy szabat, ale starsze dzieci zostaną z nami. Jak sobie radzicie z żywnością?

– Potrzebujemy, około 130 chlebów dziennie. Zdołaliśmy zakupić tylko połowę. Piekarze w mieście nie byli przygotowani na taką nadwyżkę, ale obiecali, że do wieczora dostarczą więcej chleba.

– Każdego powyżej 14 roku życia naucz wypiekać chleb. W miarę możliwości będziemy sami to robić, więc nie składaj żadnych obietnic piekarzom. Zrób tygodniowe dyżury przy wypiekaniu chleba. Po tygodniu zmień jedną osobę na nową, a po kolejnym zmień tę drugą osobę i tak rób, aż wszyscy nauczą się piec. Zacznij od najstarszych osób. Zrozumiałeś?

– Tak.

– Wypytaj kobiety, co potrafią. Zrób listę ich umiejętności, a następnie tak dobieraj ich w pary, by zawsze ktoś uczył się nowych umiejętności. Nie wszyscy naraz tylko na zmianę. Listę dostarcz mi do wglądu.

Markus zabrał się do pracy, a zaczął od swojego nowego pomocnika. Od tej pory Jonatan, jeśli nie wykonywał żadnego polecenia, to zawsze kręcił się przy zarządcy. Wieczorem przynieśli listę umiejętności do Jakowa, który się ucieszył, widząc, że jedna z niewiast zawodowo zajmował się szyciem.

– Umiejętność szycia jest szczególnie cenna – powiedział do zarządcy i jego zastępcy – nie tylko zaoszczędzimy na ubraniach, ale może ta umiejętność stać się źródłem dochodów. Zakup Markusie kilka metrów płutna, by sprawdzić umiejętności naszej krawcowej. Zabierz ją na targ, by sama mogła wybrać odpowiedni materiał, a później pokaż mi jej dzieło. Jaką mamy sytuację z chlebem?

– Nasz piec jest mały – relacjonował Markus – i nie zdołamy na nim wypiec nawet 40 chlebów w ciągu całego dnia.

– Mimo to pieczcie, tyle ile zdołacie, resztę niech dostarczają miejscowi piekarze.

Na drugi dzień Jakow wynajął posiadłość z polem i budynkami gospodarczymi. Znajdowała się na drugim końcu miasta. Markus przeniósł tam większość kobiet z dziećmi, dzięki temu stajnia i spichlerz w pierwszym gospodarstwie zostały zwolnione i można było zakupić owce, które miały zapewnić mięso, runo, skóry i mleko. W nowej posiadłości także był piec do wypieku chleba. Nie hodowano tam zwierząt, więc stajnię przerobiono na budynek mieszkalny dla służby. Jakow zlecił także wybudowanie baraku na cele mieszkalne. Utrzymanie dwóch gospodarstw z jednym zarządca okazało się zadaniem niezwykle ciężkim. Jonatan często był pośrednikiem między dwoma domami, z tego powodu codziennie przechodził przez miasto i mógł przypatrzeć się jego mieszkańcom.

Szczególnie mocno wypatrywał swoich współwyznawców. Brakowało mu rozmów o Bogu. Wcześniej mama była dla niego źródłem informacji, ale obecnie czuł się jak wyschnięta studnia. Od wielu dni z nikim nie rozmawiał o Bogu. Cała jego wiara skupiała się na modlitwach w ukryciu i wspomnieniach matczynych opowieści. W swojej wierze czuł się bardzo samotny.

Za każdym razem jak przechodził przez miasto, starał się lekko zbłądzić, by poznać nowe uliczki. Miasto było zamieszkane głównie przez Greków. Rzymian reprezentował garnizon wojskowy i kilku urzędników. Trudno powiedzieć ilu było Izraelitów, ale czasem po stroju lub mowie można byli w tłumi ich dostrzec. W mieście była synagoga, ale były też świątynie pogańskie. Ponieważ Jonatan całe swoje wcześniejsze życie spędził w niewoli, nie znał żadnego miasta. Teraz ciekawiło go wszystko, ale największą przyjemność czerpał z tego, że może poruszać się swobodnie. Po tygodniu znał już wszystkie uliczki.

Któregoś dnia przechodząc przez rynek usłyszał, miłe swemu sercu słowo Jeszu, było to imię Mesjasza. Jakiś starszy człowiek głośno przemawiał. Słuchało go kilka osób. Jonatan podszedł bliżej, by się przysłuchać, ale doznał rozczarowania, ponieważ nie rozumiał mówcy. Ten rozprawiał w takim samym języku jak większość mieszkańców miasta, ale chłopiec nie znał tej mowy. Stanął przed mówcą i wpatrywał się w niego, jakby doznał jakiegoś objawienia. Starał się uważnie rozróżniać słowa, by wyłowić coś, co zrozumie, ale niczego nie rozumiał. Dopiero jak ponownie usłyszał słowo Jeszu, serce mu podskoczyło do gardła. Teraz wiedział na pewno, że wcześniej się nie przesłyszał. Śmiał się całą twarzą, ale nadal nic nie rozumiał. Swoim zachowanie zwrócił uwagę niektórych słuchaczy, w końcu i mówca go zauważył. Spojrzał na niego i o coś spytał, ale chłopiec nadal nic nie rozumiał. Czuł jednak, że coś musi powiedzieć. Przestąpił z nogi na nogę i w swoim języku powiedział:

– Jeszu moim Panem.

Starszy mówca, uśmiechną się ciepło i odpowiedział w języku, który Jonatan zrozumiał:

– Naszym też, bo jest Panem panów i Królem królów. Kim jesteś chłopcze?

– Jestem Jon...

Jakaś gwałtowna siła szarpnęła chłopcem do tyłu tak mocno, że przewrócił się na ziemię, ale coś albo ktoś go podniósł i pociągnął za sobą. Starszy mówca chciał za nim biec, ale dwaj jego towarzysze powstrzymali go, chwytając za ramiona. Tłum ich zasłonił i dopiero wówczas Jonatan zaczął się szarpać. Napastnik przystanął i chłopiec zobaczył, że to Johanan syn Zakkaja. W tym samym momencie dostał uderzenie w twarz otwartą dłonią.

– Co ty tu robisz?!

– Wykonuję polecenie Jakowa sprawiedliwego.

– Kogo? – spytał zaskoczony rabin.

Jonatan już od kilku dni w myślach nazywał swojego właściciela sprawiedliwym, ale nigdy nie wypowiedział tego na głos. Teraz w silnym zdenerwowaniu wyrwało mu się to po raz pierwszy.

– Jakowa sprawiedliwego – powtórzył.

– Kto go tak nazywa?

– Ja.

– On ci kazał nawiązać kontakt z heretykami? – rabin przyglądał się chłopcu uważnie.

– Nie! Szedłem do północnej posiadłości z jego polecenia, a tych ludzi spotkałem przypadkiem.

Rabin przyglądał mu się podejrzliwie. Jonatan domyślił się, że nie tylko on może mieć problemy, ale także jego pan, jeśli rabin mu nie uwierzy. Ten jednak puścił chłopca i rozkazał:

– Rób, co ci twój pan kazał i nie kręć się przy heretykach.

Pchnął niewolnika w kierunku północnego gospodarstwa. Ten zaczął biec.

– Stój! - ponownie krzyknął – Ty nie kulejesz?

– Nie – odpowiedział i ponownie zaczął biec.

Jonatan postanowił już się nie zatrzymywać. Chciałby bardzo wrócić do głosiciela, ale gdyby to zrobił i rabin ponownie by go złapał, to nie tylko on miałby problemy, ale także jego nowy właściciel. Postanowił ostrożnie rozejrzeć się w drodze powrotnej, może jeszcze raz trafi na staruszka głoszącego o Synu Bożym. Jak nie dziś to może jutro na nich trafi, musi tylko po drodze zawsze przechodzić przez rynek. Był pełen optymistycznych myśli. Są inni i są w tym mieście.

Jakow od kilku dni mówił o wyjeździe do Pelli, by spotkać się z matką. Taka była oficjalna wersja, ale Jakow chciał też lepiej zrozumieć swoich rodziców i ich wiarę. Planował zostać tam tydzień i poznać nauki Jeszu z Nazaretu. Miał nadzieję, że może znajdzie nieścisłości w ich wierze i zdoła nawrócić matkę, a jak nie to przynajmniej lepiej ją zrozumie. Zwierzył się z tych planów Markusowi, który był jego zaufanym człowiekiem. Jako Grek nie był on zaangażowany w spory religijne Judejczyków. Trudno powiedzieć, czy w ogóle w coś wierzył.

Dzień przed wyjazdem Jakow pomyślał, że mógłby matce przedstawić Jonatana. Bardzo go polubił. Gdyby miał syna, to chciałby, by był taki jak ten chłopiec. Pod wpływem tych myśli zaczął nawet zastanawiać się nad założeniem własnej rodziny.

Jonatanie – zaczepił chłopca – jutro jadę do matki, czy chciałbyś jechać ze mną?

Był pewien, że chłopiec ucieszy się propozycją, ale się rozczarował, bo ten niespodziewanie posmutniał i wyraźnie zaczął się wykręcać.

– Panie, wybacz, ale mam tu dużo pracy. – spuścił głowę. – Markus mnie potrzebuje.

Jonatan niczego tak bardzo nie pragnął, jak spotkać się ze swoimi braćmi w wierze, dlatego myślał tylko o tym, by jutro ponownie udać się na rynek, a jeśli będzie trzeba to każdego następnego dnia, aż w końcu na nich trafi. Chciał poznać matkę Jakowa sprawiedliwego, ale o wiele bardziej chciał spotkać się z wierzącymi w Jeszu.

– Sprawiłeś mi przykrość Jonatanie. Nie spodziewałem się odmowy.

Chłopiec nie podnosił głowy. Jakow nie widział jego twarzy, więc podszedł i palcem wskazującym podniósł brodę chłopca do góry, by spojrzeć mu w oczy. Jonatan płakał. Rabin zaskoczony tym widokiem łagodnie spytał:

– Jak to mam rozumieć?

– Panie chciałbym z tobą jechać, ale muszę zostać. Proszę, wybacz mi.

Jonatan wytarł łzy. Chciałby powiedzieć swojemu właścicielowi, o co chodzi, dlaczego musi zostać, jak bardzo jest to dla niego ważne, ale się bał, że rozczaruje go jeszcze bardziej tym, że jest on heretykiem. Nic więcej nie powiedział.

– Zasmuciłeś mnie, ale się nie gniewam. Widzę, że masz jakiś ważny powód. Jeśli jednak zmienisz zdanie, to masz czas do jutra rana.

Rano Jonatan unikał właściciela aż do ostatniego momentu, czyli do jego wyjazdu. Stanął przy Markusie i spuścił wzrok na ziemię. Jakow spojrzał na niego, ale nie mogąc uchwycić jego spojrzenia, odjechał bez słowa. Dopiero wtedy chłopiec podniósł głowę i wzrokiem odprowadził swego właściciela. Kiedy Jakow odjechał już na tak dużą odległość, że stał się małym punkcikiem i zniknął za przydrożnymi krzewami, Jonatan ponownie spuścił głowę. Niczym stary zmęczony człowiek wziął głębokie wdech, by po chwili wypuścić ciężko powietrze.

Markus zauważył, że coś się stało. Zauważył dziwne zachowanie Jakowa i równie dziwne Jonatana. Obserwował go z boku.

– Co się stało, że tak ciężko wzdychasz? – zapytał rozbawiony.

– Pan chciał mnie zabrać ze sobą, a ja odmówiłem.

– I tym się zamartwiasz? Tam byś się zanudził na śmierć. Czy wiesz, po co pan tam jedzie?

– Wszyscy wiedzą, że jedzie do swojej matki.

– Ale nie wszyscy wiedzą, kim ona jest – zaśmiał się ponownie.

– A kim jest? – spytał niepewnie Jonatan.

Markus zmrużył oczy i przez chwilę uważnie wpatrywał się w chłopca. Zastanawiał się, czy mu to powiedzieć.

– No dobrze. Przecież gdybyś pojechał z panem, to sam byś się dowiedział. Powiem ci, ale zachowaj to w tajemnicy – zamilkł i ponownie wbił wzrok w chłopaka – Ona jest, jak my Grecy byśmy powiedzieli chrystusowa, a po waszemu pomazańcowa lub mesjaszowa, czyli należąca do Mesjasza.

Jonatan skamieniał. Słuchał ze zdziwieniem, ale sam niczego nie był w stanie ani powiedzieć, ani zrobić.

– Rabin Jakow jedzie nie tylko do matki – kontynuował zarządca – ale też planuje zgłębić podstawy jej wiary. Jest ich tam w tym mieście chyba z 20 000...

Jonatan już nie słuchał. Zrobił dwa gwałtowne kroki do przodu potem, do tyłu i znowu do przodu. Stanął. Wahał się, czy biec za właścicielem, czy zostać, czy dogoni go, czy nie zdoła? Tym razem to Markus znieruchomiał, widząc tak gwałtowne i sprzeczne ruchy. Po krótkiej chwili namysłu Jonatan spojrzał na niego i powiedział:

– Dogonię naszego właściciela, dogonię – i bez dalszej zwłoki zaczął biec za Jakowem, którego już nie było widać i nawet kurz po nim dawno opadł.
________________

Jeśli nie chcesz przegapić kolejnego rozdziału, zostaw swój e-mail, a powiadomię cię o nowościach.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz